Gorący Mróz czyli o pisaniu na chłodno

Remigiusz Mróz o pisaniu na chłodno

Remigiusz Mróz mnie kocha. Chyba.

Magdaaaaaaa!!! Czy Ty wiesz, co się stało? Dzisiaj. Około 10 rano. A więc…wrzuciłam na Insta, że czytam TĘ książkę, TEGO Mroza i on, uwaga, uwaga, polubił ten post! Wyobrażasz sobie? Sam Pan Remigiusz swymi mrozowymi palcami nacisnął, tudzież nadusił, przycisk „lubię to”. W związku z tym mam wiele przemyśleń, którymi chciałabym się z Tobą podzielić. Pierwsze jest oczywiste: Kocha mnie.

No ale od początku…

Przyznaję, że wzbraniałam się przed mrozomanią. Liczyłam, iż uda mi się chyłkiem wymigać Chyłkę. Nie mówię, że nigdy nic, bo nie. Mam brata, który śledzi bacznie jej poczynania. Jednak wykorzystuje w tym celu zmysł słuchu. I wznosi peany ku czci lektora. Zaczęłam nawet podejrzewać, że on wyżej głos lektora od talentu Remigiusza Mroza ceni. W każdym bądź razie, zmuszona byłam słuchać go i ja, pewnego wrześniowego dnia na trasie Zgorzelec-Bochum. Poza tym, że przysnęło mi się na długość około 400 km, tak gdzieś między Dreznem a Kassel, a po przebudzeniu nikt nie chciał mi zdradzić czy dziecko żyje czy nie, to wspominam miło. Sama jednak po książkę nie sięgnęłam. I właśnie dzisiaj uświadomiłam sobie dlaczego.

Powód jest prosty i jakże trywialny. Niskie, niczym Danny de Vito, uczucie mną kierowało. Zazdrość of kors. Niechęć do przyznania, iż ten facet od Chyłki, urodzony w roku 87 i do tego w Opolu, może być genialny. W 87… płakać mi się chce.

Ale to prawda. Mea culpa. Zazdrościłam zazdrością ogromną i żarliwą. Tak po prostu, bo co, nie mogę? Mogę. I zapewne Pan Remigiusz Mróz odczuł to bardzo mocno. Podskórnie czuł, że przechodzę obojętnie obok jego książek w Empiku. Nie dotykam ich i nie wącham. Biorąc pod uwagę, że wącham nawet starego Pilcha musiał być to doprawdy cios. I nie tylko z nim tak miałam. Kojarzysz Olgę Rudnicką? Mam nadzieję, że nie. Bo jej też nienawidzę. Nie wiem, co napisała i czy jest to dobre. Wiem za to, że kilka lat temu na kempingu we Włoszech ktoś pokazał mi jej książkę. I powiedział: „Zobacz, taka młoda a już książkę napisała”. W zasadzie to jedno zdanie wystarczyło. Wiedziałam wszystko. Że po jej książkę nigdy nie sięgnę. Mój umysł nie skala się jej twórczością. Zerknęłam jeszcze na notę biograficzną. Urodzona w 1988. Poczułam jak ciepła nienawiść rozlewa mi się po wnętrznościach.

Chyłka Chyłką, ale tu chodzi o coś innego. O pisanie. I to na chłodno. Obok tej pozycji przejść obojętnie nie mogłam. No po prostu nie. I przyznaję, że dzisiaj dopiero zaczęłam, że przeczytałam tylko 60 stron…i przepadłam. Jeśli Remigiusz Mróz jednak mnie nie kocha, to ja kocham jego. Poczułam pokrewieństwo dusz. Jest moim Stephenem Kingiem z Pamiętnika Rzemieślnika. I to, przypominam, na 60 stronie! Co będzie po ostatniej? Ślub. Of kors.

Magda, może ty, Władco Opolskich Bibliotek, znasz go nawet osobiście, nie wiem… Ja trochę tak się poczułam, kiedy czytałam o jego wizytach w opolskim Empiku, przemierzaniu Krakowskiej, osiedlu Malinka. Ile długich godzin spędziłam włócząc się po tych ulicach? Ile listów napisałam siedząc na ławce w parku przy Naleśnikach? Ile lodów zjadłam w Karmelku? Ile pociągów przepuściłam pijąc kawę w Co nieco? I On o tym napisał. Nie o mnie. Niestety. Ale o lodach z Karmelka już tak.

Żeby nie było, że mi tylko o Mroza i lody chodzi. Choć kombinacja interesująca. To nie. Chodzi mi o coś więcej. Chodzi mi o to, że ja czuję, co on czuje. A raczej czuł. Jako trzynastolatek. Bo chyba tyle do 60 strony miał. Czyli jestem na poziomie Remigiusza Mroza. Trzynastoletniego. Jego przepadanie w książkach. Dzieci z Bullerbyn w żółtej okładce. Nawet Klub Trzech Detektywów! Ja to czytałam namiętnie. Łysą głowę Hitchcocka wyryłam cyrklem nad łóżkiem! I te pierwsze wiersze…

Mróz napisał: „(…) Liczyło się to, że po raz pierwszy tak naprawdę poczułem, jaką moc ma słowo pisane. (…) Wzruszenie to jedna z najlepszych pochwał, jakie możemy otrzymać – z jakiegoś powodu satysfakcja jest jednak dużo większa, kiedy zobaczymy, jak ktoś uśmiecha się lub śmieje za sprawą czegoś, co napisaliśmy”.  I tu nastąpił przełom. Moja niechęć ustąpiła miejsce uwielbieniu. Bo koleś zna się na rzeczy. Przyznaj, Meg… Remigiusz Mróz wie, co mówi. A raczej pisze. I do tego lubi lody. Z Karmelka.

Miłość natomiast poczułam po jego wzmiance o introwertyzmie. Trzydziestojednoletni introwertyk z Opola, autor najpopularniejszych powieści w Polsce, obecnie najlepszy przyjaciel Cieleckiej i Dygant – można? Można. I tu przechodzimy do sedna. Czyli do mnie. Bo co ja robię od kilku lat? Podsycam w sobie negatywne uczucia do osób, które piszą. Tylko tych młodszych, dodam na usprawiedliwienie.  Nieważne. Ważne, że ja pozwoliłam sobie odebrać jedyną rzecz, która sprawiała mi przyjemność. Nawet sama ją oddałam. Zapomniałam już jakie to uczucie obserwować reakcję ludzi wywołaną mocą słowa pisanego. Mocą mojego słowa. Moją mocą. Mam tę moc. Mam tę moc, rozumiesz Magda?!

I nie zawaham się jej użyć. Za co z całego serca dziękuję Remigiuszowi Mrozowi. I Oldze Rudnickiej też. Ale już nie z całego serca.

Bo serce mam zajęte. Zamrożone.

P.S.

Zauważyłam, że Pan Remigiusz polubił tego poranka pięć innych postów otagowanych jego imieniem. Lista znienawidzonych przeze mnie osób znacznie się wydłużyła.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.