Droga Joanno! W odpowiedzi na Twój list piszę kilka słów o grzybach, pani swojego czasu i pudrowaniu trupa

pani swojego czasu

Co Ty mi tu piszesz o jakichś grzybach. Jakie grzybobranie w ogóle?! Ja nie mam czasu na takie rzeczy! Odkąd jestem na urlopie (sic!) wychowawczym, mam wrażenie, że czas się skurczył jak moja ukochana koszula w gwiazdki z Zalando, wyprana przez męża mego jedynego w 60 stopniach Celsjusza z podwójnym wirowaniem.

Pani swojego czasu

Nie ogarniam. Nie wyrabiam się. Mam braki w znajomości podstawowych zasad organizacji pracy. No kuźwa, czemu tego w szkole nie uczą? Jakieś sinusy, cosinusy, conditionale, kultura sumerów czy budowa pantofelka to tak, jasne, oczywiście! Ale żeby ludzi nauczyć zarządzać czasem, radzić sobie z prowadzeniem domu, gdy dziecko chore, za oknem jesień i dół wszechogarniający, to nie. Radź sobie człowieku sam. Dla poprawy nastroju możesz se poodmieniać: If I knew it, I would do it. Tralala.

pani swojego czasu

No chyba, że mój jesienny nieogar to nadal efekt m (nie, nie motyla) matczynego zafiksowania na swym dziecięciu. Podobno przez pierwsze dwa lata życia dziecka niektóre funkcje kognitywne mózgu matki są wyłączone. Następuje sfokusowanie na potomku. Czyli kobieta głupieje (na punkcie dziecka i w ogóle), robi się nieogarem, nie czai dowcipów, zapomina, gdzie zostawiła klucze, nie wie, jak żyć (jak żyć, panie premierze, jak żyć??). Masz to? Znasz to? Minęło? Do tej magicznej granicy został mi tylko jeden dzień. Jeden dzień. I na powrót zacznę czaić bazę??! No tak że tego… Może następny list będzie Epistołem Wagi Wielkiej (Update: Granica przekroczona, ograniczenie umysłowe nadal trwa. Zaczynam się bać, że to nieodwracalne zmiany), a nie takim pitu pitu znad zlewu. Bo ja, Asieńko, piszę do Ciebie w trakcie mycia garów. Pamiętasz Jeżycjadę? Tam jedna bohaterka przy zlewie czytała książki. A ja piszę listy. Listy do Joanny.

Grzyby i pudrowanie trupa

A więc stoję przy zlewie i nie mam czasu na szukanie grzybów. Chociaż nie. Czekaj. Jednego znalazłam w łazience (a kuźwa, wcale go nie szukałam!). W miejscu, gdzie mnie sąsiadka zalewa od pół roku (No i nie dość, że ona, to jeszcze mnie teraz przez tego grzyba krew zalała. Może jeszcze powinnam zalać pałę, miałabym zalanie kompletne). Zadzwoniłam nawet do pani z ubezpieczalni. Przyjechała taka wypindrzona niunia i stanęła przed drzwiami łazienki jak wryta. O cholera! – stwierdziła. Ale wiesz… nie na widok zalania, tylko tak ogólnie. Z wrażenia jakie na niej zrobiła moja vintage original 70’s style łazienka prosto z Bułgarii. Dostałam nawet odszkodowanie. Całe sto sześćdziesiąt złotych. Tak doceniono wartość historyczną mojej bułgarskiej łaźni. A przecież ją niedługo będzie można wpisać do rejestru zabytków!

pani swojego czasu

W ogóle to całe to sprzątanie mojego mieszkania to jedno wielkie pudrowanie trupa. Jak w jednym miejscu coś podrasuję, to w drugim odpada. Jak tam przyklepię, to w innym pęka. Nic tylko się wyprowadzić. No i tu mogę wrócić do wyciągniętego przez Ciebie tematu lasu. Och, Asia! Jakże ja bym chciała mieszkać w domku przy lesie. Najlepiej w takim jak Judyta z „Nigdy w życiu”. Suszyć zioła, odśnieżać podjazd, robić grilla i brudzić się ziemią. Od dawna o tym marzę. Co najmniej od czasów liceum. Już wtedy kupiłam mój słynny sweter na pomost. Pamiętasz? W lumpie. Taki z kapturem, z drewnianymi guzikami, długi niczym peleryna Frodo Bagginsa. Sweter, który miał mi służyć na długie jesienne wieczory, spędzane z kubkiem gorącego kakao na moim pomoście przy jeziorze. Mam go do teraz. Sweter. I marzenia.

pani swojego czasu

Paryskie niebo nad Sekwaną

Ale póki co pudruję trupa. Nie zawsze z pozytywnym efektem. Mąż do tej pory wypomina mi wynalezione przeze mnie gdzieś w internetach i wprowadzone w czyn sponge painting, które miało przeobrazić sufit mojej łazienki w paryskie niebo nad Sekwaną, a uczyniło z niego sino-błękitny rzyg nad głowami, którego już żadna farba nie chciała pokryć. To z lekka osłabiło mój zapał. (A i mąż nie pała entuzjazmem, gdy podrzucam kolejne pomysły metamorfozy naszej norki). Więc się nie dziw, że Cię jeszcze do siebie nie zaprosiłam.

Wracam do garów. Bo potem czeka mnie jeszcze milion innych super czynności. Znów brakuje mi doby!!!!

Twoja na zawsze (niezorganizowana) M.

P.s. A zatem pamiętaj, Joanno, co wypłatę zgarniasz w ojro, jakby Ci kiedyś zbywało, to fundnij mi indywidualne korki u Pani Swojego Czasu. Chyba, że ja z tą organizacją mam tak jak z dwutaktem…Pamiętasz mnie z piłką do koszykówki, jak lecę pod ten kosz i nie wiem już, gdzie ręce, gdzie nogi, ile kroków, gdzie rzucać i czym?? Oezzzuuu, dwutaktu nas uczyli, a jak wziąć dupę w troki, to nie było komu…

P.s. 2 A propos. Biorę dupę w troki. Lecę lecieć na szmacie. Paaa!

One thought on “Droga Joanno! W odpowiedzi na Twój list piszę kilka słów o grzybach, pani swojego czasu i pudrowaniu trupa

  1. No właśnie ci mężowie..mój to mi wyprał wyjsciową koszulę (taką, co w niej można egzaminy zdawać) w 90 stopniach! Bo skoro jest biała i w kropki to z pewnością jest piżamą…a piżamy wiadomo w gorącej wodzie prać należy, coby bakterie zabić….

    Z Twego listu Magdaleno wyniosłam bardzo ważną informację, dzięki której wiem, że nieogarem mogę być, bez wyrzutów, jeszcze przez rok i 8 miesięcy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.