Pocztówka z wakacji, czyli dlaczego (nie)warto pojechać nad Bałtyk

Spędzam wakacje nad Bałtykiem. Nie pierwsze i nie ostatnie. Właściwie każde. Trwam przy polskim morzu niczym żona przy mężu. Mimo wszystko. Kocham je miłością głęboką, miłością wielką. Od dna po horyzont. Jak stąd do Szwecji. 

Bo Bałtyk to ekstremalne doznania w przystępnej cenie

Jednego dnia woda w morzu ma temperaturę wykręcającą Ci stopy, drugiego piasek pali tak, że nie możesz dojść do brzegu, nie ryzykując poparzenia trzeciego stopnia. Nigdy nie wiesz, co Cię czeka. Rosyjska ruletka bywa bardziej przewidywalna. Dzięki temu wyprawę na plażę możesz spokojnie zaliczyć jako spacer farmera: w jednej ręce parawan, leżaczek, kurtka od wiatru, peleryna od deszczu, bluza z kapturem, szalik, okulary, strój kąpielowy i ręcznik, gdyby jednak udało Ci się wleźć do wody, w drugiej ten sam zestaw razy dwa. I popylasz pod wiatr, co piaskiem Ci daje w oczy, po kamieniach i małych, ostrych muszelkach, dzięki czemu peeling nie będzie Ci potrzebny przez najbliższy rok. Gdy wiatr nie porwie Ci koca, nie wyrwie parawanu, gdy wygrasz walkę z żywiołem i wreszcie okopiesz się, ukryjesz przed światem, leżąc nieruchomo, w pozycji na sprasowanego płaza, tak, by wiatr nie smagał Cię zimnymi podmuchami, ogarnie Cię fala szczęścia. Krioterapia gratis.

Bo Bałtyk to wylęgarnia poetów

Nigdzie, nigdzie na świecie nie ma tylu wieszczów co na polskich plażach. Ogarnięci muzą – natchniuzą, dźwigający bagaż doświadczeń (i przenośne torby termiczne) odbywają codziennie swą pielgrzymkę, dzieląc się ze zwykłymi zjadaczami chleba swą twórczością.

Żono, żonko, dbaj o męża. Kukurydza zbudzi węża!

Moja żona mnie zdradzała, zjadła kolbę i przestała!

Dziadek nie mógł, babka mogła, kukurydza im pomogła.

Mężu, mężu nie bądź głupi, niech Ci żona loda… kupi

Moja babcia chorowała, zjadła loda – wyzdrowiała. A mój dziadek też chorował, nie zjadł loda-wykitował.

I jakże optymistyczne, dające nadzieję i zawsze okazujące się judaszowym pocałunkiem:

Dziś pogoda dla was sprzyja, kupisz kolbę – zamknę ryja”

Bo Bałtyk to jedyni w swoim rodzaju plażowicze

Takich nie spotkasz nigdzie. Swoi ludzie. Ziomale. Przy nich czujesz się jak w domu:

Mistrzowie parawaningu. Gdyby owa dyscyplina sportów plażowych została włączona w olimpijskie rozgrywki, mielibyśmy złoto w kieszeni.

Zwycięzcy w maratonie narzekania. A to, że praży, a to że piździ, że karmel solony jest słony, a wata cukrowa się lepi. Że drogo, że ciasno, że mokro. Że piasek w majtach. W zębach. Że po co tyle piasku. Że mniej to byłoby lepiej. A tak biednemu nie dość, że zawsze wiatr w oczy, to jeszcze piach.

Stare dobre małżeństwa z aktorskimi ciągotkami. Jest publiczność, to i dobrze, by była scena. No to bach! Robią sobie sceny. Aż chce się zerwać z leżaka, by owacje im zgotować na stojąco.

Filozofowie ze szkoły ABS. Jako że Absolutny Brak Szyi nie zawsze wiąże się z absolutnym brakiem mózgu (tylko na przykład częściowym), to reprezentantom owej opcji może się zachcieć mówić. Ba! owi reprezentanci bardzo chętnie dzielą się z innymi swoimi filozoficznymi przemyśleniami, wygłaszają je głosem tubalnym, okraszają słowami, co to ich nie ma w miodkowym słowniku. Refleksje te najbardziej oddziałują na matki małych dzieci. Zwykle prowokując je do zatykania swym latoroślom narządu słuchu.

Animatorzy kultury muzycznej. Oni Ci nie pozwolą być na bakier z muzycznymi nowinkami. Że chcesz słuchać szumu morza? Człowieku, to jakiś biały szum, co go se możesz go na youtubie zapodać. A takiej playlisty, ale TAKIEJ playlisty to nigdzie nie doświadczysz. Więc doceń.

Mewy Śmieszki. Niczym wędrowne ptactwo wodne wędrują z całej Polski, by zasiąść nad brzegiem morza i chichotać. Heheszki urządzać. I inne takie takie.

Znerwicowani rodzice. Z rozbieganymi oczami za rozbieganymi dzieciakami.

Figury woskowe. Nawoskowane, nieruchome jak mim z krakowskiego rynku, trwające na swym leżaku niczym na katafalku.

Nieustannie głodni, przyciągający chmary owadów z osami na czele. Nieustannie pobudzeni, co to łażą wzdłuż brzegu jak króliczku z Duracella. Nieustannie pozujący, czempiony lansu…

No i czujesz się jakbyś z domu nie wychodził. Zresztą o iście domowej atmosferze nie da Ci zapomnieć monotonny głos z megafonu: Witamy na plaży blablabla, zejście numer blabla. Przypominamy, na plaży zachowujemy się jak w domu, nie sikamy, nie brudzimy…

Bo tak naprawdę Bałtyk to nie morze. To stan umysłu

Bałtyk kocham jak żona męża. Mogę się na niego obrażać, psioczyć, foszyć. Ale i tak będę mu wierna. Bo tak naprawdę bez jego szumu nie potrafię żyć. Bez dzikich plaż, sosnowych lasów z wrzosowiskami, morskiej bryzy o intensywnym zapachu, fal rozbijających się o brzeg. Piszczącego piasku pod stopami. Krzyku mew. Tylko tu ładuję życiodajne akumulatory. Tyko tu naprawdę odpoczywam. 

Gorące pozdrowienia znad morza!

 

A Wy? Kochacie Bałtyk mimo wszystko? Czy planując wakacje wybieracie zupełnie inny kierunek? Dajcie znać! Ahoj!

One thought on “Pocztówka z wakacji, czyli dlaczego (nie)warto pojechać nad Bałtyk

  1. Baltyk zawsze! Każdą porą roku! Polecam zimą – brak tłumów, krzykaczy sprzedajacych kuuuuukurydzę gotowaną! 🙂
    ..i próby dojścia do morza przez zaśnieżone plaże – bezcenne 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.