Horror pakowania – czyli co zabrać na wakacje z dzieckiem

co zabrać na wakacje

A więc stało się! Jadę na wakacje. Trochę spontanicznie, trochę na wariata. Nie wiem, jak sobie radzi z tym Joanna, która ciągle na walizkach, ale dla mnie pakowanie to jak kara za wszystkie moje przewinienia. Piekło na ziemi, czyściec przed wakacyjnym rajem, sięgnięcie dna rozpaczy, coś w stylu chłosty, klęczenia na grochu i innych wymyślnych tortur. Tortur, którym poddawana jest moja wyobraźnia, moja pamięć, zmysł organizacyjny i umiejętności manualne.

 

Co zabrać na wakacje??

Niby pociesza mnie fakt, że nasz wyjazd nie zakłada przelotu samolotem, że moje walizki nie będą ważone i prześwietlane, że mogę mieć w bagażu podręcznym trzy torby, w tym nóż i domowej produkcji ciastolinę. Ale z drugiej strony przeraża mnie zmienność pogody nad polskim morzem. Bałtyk na granicy sierpnia i września może zaskoczyć. Upałem, sztormem, deszczem, śnieżycą, tornadem. Więc po nocach nie śpię i zastanawiam się, co zabrać na wakacje. Od tygodnia robię listy i sprawdzam prognozy pogody. A one zmieniają się jak nastroje kobiety w ciąży.

co zabrać na wakacje

No i tak. Dla dziecka zapakowałam już stos bodziaków (czy nie za dużo?), koszulek z krótkim rękawkiem (może bez sensu, może wystarczą bodziaki?), dwie bluzy (nie za mało?), spodnie z krótkimi nogawkami, z długimi, do spania i dresowe (chyba przesadziłam, zamiast dresowych wezmę legginsy. Albo nie. Pakuję te i te). Worek skarpet, sukienkę (taką na plażę, taką na wieczór, taką taką), czapki (na lato, na zimę), chustkę i kapelusz (a może tylko kapelusz? Albo tylko chustkę!), kurtki (od deszczu i od wiatru, tylko od wiatru, ale cieplejsza, od deszczu z ociepleniem i peleryna – lepiej nosić niż się prosić). No i jeansowa katanka (moja mama zawsze powtarza – jeans nad morze jest najlepszy, jeans najlepszy. Co zabrać na wakacje ? Jeans!). Buty – wiadomo, jedne pełne, drugie półpełne, trzecie bez palców. Jeszcze zapasowe jak fala zmoczy. I jeszcze jedne, na wypadek gdy inne obetrą piętę. Piżama (na ciepłe i zimne noce), polarek (jak to tak bez polarka??) i strój kąpielowy (jak go wezmę to nie będzie słońca, kto się założy?). Upycham to w torbie, kombinuję, czy jeszcze dorzucić ogrodniczki, czy wywalić jedną parę bodziaków. A gdzie pakowanie mojej walizki, zabawek, lekarstw i kosmetyków, upychanie pieluch, wiaderek, nocników, krzesełek do karmienia, namiotów na plażę, rowerka…

Stop. Głęboki wdech.

Są ważniejsze rzeczy do zabrania. Coś czego absolutnie nie wolno zapomnieć. Robię kolejną listę. To, co naprawdę przyda się na wakacjach z dzieckiem.

 

Co naprawdę zabrać na wakacje

Trochę luzu.

Najwyżej ubierze poplamioną bluzę. Najwyżej nie zje na ulubionym talerzyku. Najwyżej pójdzie spać bez kąpieli. Nic się takiego nie stanie. Po co się spinać? To są wakacje. Nasze sacrum, w którym obowiązuje inny porządek. Czyli trochę chaos, czyli luzuj majty. Nasz autorytet nie legnie w gruzach, jeśli raz na kolację będą gofry z budy przy plaży.

Nieco spokoju.

By obyło się bez nerwów, dzikiej gonitwy, biegu na złamanie karku. By był czas na leniuchowanie. By nie brakowało cierpliwości. Dla najbliższych i dla tych zupełnie obcych. Kelnera, wlokącego się dziadka za kierownicą, irytującego wrzasku dziecka zza sąsiedniego parawanu.

Ciut (więcej) asertywności.

Na wakacjach z rodzicami nie byłam od lat. Aż tu w tym roku powrót do przeszłości – jedziemy wspólnie nad morze. I choć te nasze dawne wyjazdy wspominam z rozrzewnieniem, to obawiam się nieco tej naszej podróży. A dokładnie konfliktów na tle wychowawczym. Dlatego zabieram ze sobą pewność siebie i umiejętność powiedzenia Nie. Czasem, by móc szczęśliwie trwać blisko siebie, należy wytyczyć jasne granice. Bez złości i poczucia winy. Nie, Hania nie musi używać widelca jeśli łatwiej jej jeść paluszkami. Nie, Hania nie dostanie pączka. Nie, nie trzeba jej sprać tyłka, zrobić dzikiej awantury, straszyć, że ktoś ją zabierze. Czasem te proste zdania nie chcą przejść przez gardło. Zabieram siłę ich wypowiadania.

 

Więcej pozytywnego myślenia

Że nie będzie pogody? Chrzanić smażing, plażing, parawaning. Nawet w deszczu można spacerować. Jodem się sztachać i pić rum w nadmorskiej knajpie. Że zapomnę tej uroczej apaszki w kotwiczki czy innej tak okropnie niezbędnej rzeczy? Przeboleję. Byle bym tylko nie zapomniała dobrego humoru, optymistycznego nastawienia. Jadę ładować akumulatory, a nie wylewać żale. Marudzić, że jedzenie niesmaczne, społeczeństwo niemiłe, a Bałtyk zimny. Że z dzieckiem to nie wyjazd na wakacje, a survival? A kto powiedział, że szkoła przetrwania nie może być przyjemna? Nawet w wersji total extreme (dziadki) można znaleźć kwadransik na borsuczenie na tarasie z widokiem na morze. A to już coś. Całkiem spore coś. Wakacje. WAAAAKKKAAACCJJEEEE!!!!

 

Jeśli ten wpis Cię zainteresował, rozśmieszył lub poruszył- zostaw komentarz, będzie nam bardzo miło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.