Rodzić po polsku, rodzić po ludzku, rodzić po… prostu

Rodzić po polsku. Wstęp

Na pewno nie będzie dla Was zaskoczeniem, że HISTORIĘ ASI PORODU znam od dawna. Gdzieś od sierpnia 2015, kiedy wraz ze wszystkimi pikantnymi szczegółami zrelacjonowała mi ją przez telefon. Słuchałam z wypiekami na twarzy, uginającymi się kolanami i nieprzyjemnie ściśniętym gardłem. Wszak ja byłam jeszcze przed i czułam ogromną potrzebę zbierania wszelkich informacji na temat tego, jak ten poród tak naprawdę wygląda. Oczywiście później się okazało, że nie przemyślałam jednego. Że przecież Asia rodziła w Holandii. A rodzić po niderlandzku to nie to samo co rodzić po polsku. Ale po kolei.

Zawsze myślałam, że ciężarna, której zbliża się termin porodu, zwarta i gotowa, w jednej ręce z walizką, w drugiej z telefonem z wybranym numerem do szpitala, siedzi pod drzwiami mieszkania i czeka. Na odejście wód, na skurcze, na sygnał z jej środka, że właśnie poród czas zacząć, na miejsca, gotowi, start! Że nigdzie się nie ruszy, ćwiczy oddychanie przeponą i relaksuje się praktykując jogę dla ciężarnych. Albo siedzi na kiblu, naturalnie się oczyszczając. Albo obżera się tymi słynnymi korniszonami maczanymi w lodach czekoladowych. Bo jeszcze może. Bo jeszcze ma smaki. Albo zniecierpliwiona i zmęczona egzystencją w stylu morświna myje okna, by przyspieszyć tę upragnioną (ha ha!) akcję porodową.

Nic z tych rzeczy.

Dwa dni po terminie wytoczyłam się z domu na zakupy. Bo naszło mnie na łazanki. Jak się szybko okazało, nie tylko ja posiadałam takie wyobrażenie o kobiecie na ostatniej prostej do porodu. W Lidlu zaprzyjaźniona kasjerka na mój widok przeżegnała się: „Jezus Maria, niech nam pani tu tylko nie zacznie rodzić!” Jakby to co najmniej miało ode mnie zależeć. W zoologicznym, do którego wstąpiłam po kocie chrupki sprzedawca arabskiego pochodzenia na wieść, że termin porodu był na przedwczoraj, zaczął odganiać mnie ręką, jakby wykonywał jakieś szamańskie praktyki: „Idzie do domu, idzie do domu!”. Przynajmniej w Biedrze nikt się nie czepiał. Tam potraktowano mnie zupełnie normalnie. Nawet w kolejce nikt mnie nie przepuścił.

No i zabrałam się za te łazanki. Ugotowałam wielki gar. Po czym zjadłam jego połowę. I padłam na kanapę. Nie wiem, co mnie bardziej zmęczyło: gotowanie czy jedzenie, w każdym razie jedyne, o czym marzyłam, to drzemka. I kiedy już miałam zamknąć oczy, … odeszły mi wody.

Rodzić po polsku. Rozwinięcie

Gdybym zerknęła do swoich notatek ze szkoły rodzenia, to przeczytałabym, że w sytuacji odejścia wód płodowych ciężarna powinna niezwłocznie położyć się i zadzwonić po karetkę pogotowia. Ale ja mając w pamięci historię Asi, bazując na standardach holenderskich, zamiast leżeć jak kłoda, wzięłam relaksacyjny prysznic i zrobiłam makijaż. Ktoś z instruktorów w szkole rodzenia porównał kiedyś poród do imprezy, bardzo to wzięłam sobie do serca. Zamiast po pogotowie zadzwoniłam do męża, potem do mamy i przyjaciółki.

Jechałam z T. do szpitala na pełnym luzie. W końcu nie miałam jeszcze żadnych skurczów i liczyłam, że odeślą mnie do domu. Przecież Asię odesłali. W poczekalni przed izbą przyjęć kolejka, a na drzwiach informacja, by dzwonić dzwonkiem. Myślałam nawet, by odczekać swoje, w końcu gdzie mi się spieszy, tylko te mokre spodnie zaczęły się robić jakieś takie nieprzyjemnie zimne… Położna, która pojawiła się w drzwiach, przyjrzała mi się badawczo. Ja prawie świergocząc: – Dzień dobry, w sumie nie wiem, czy nie pojawiam się za szybko, bo nie mam żadnych skurczów, ale odeszły mi wody, więc pomyślałam… – Już w momencie wypowiadania tych słów, wyczułam, że coś jest nie tak. Twarz kobiety tężała, a oczy robiły się większe i większe. Bridget Jones na porodówce? Halo, to ja. O-o, przemknęło mi przez głowę. O-o. I nagle do mnie dotarło. Zrozumiałam wszystko. Że nie wrócę dziś do domu. Że nie przetrwam pierwszej fazy porodu we własnym mieszkaniu, własnym łóżku. Że nie mieszkam w żadnej Holandii, tylko w Polsce, w Polsce, gdzie porodówki są oblężone, znieczulenie jest niczym Duch święty – niby jest, a nikt go nigdy nie widział. Że planowany poród rodzinny może przeobrazić się w samotne parcie na korytarzu za parawanem. Że przyjdzie mi rodzić po polsku. I się zestresowałam.

Nie doszłam na porodówkę. Wjechałam na nią na wózku inwalidzkim. Takie zasady. Mijająca mnie pielęgniarka jęknęła: „Kolejna? Już łóżek brakuje…”. Wspaniale. Juhu. Czyżby cała brzemienna część województwa postanowiła rodzić właśnie dziś?! Wylądowałam na sali z trzema kobietami, z których jedna była już na etapie wzywania wszystkich świętych. Słysząc jej krzyk, za każdym razem dostawałam gęsiej skórki. – Zimno pani? – spytała mnie w pewnym momencie zdziwiona położna.

rodzić po polskuT. pojechał do domu. Oznajmili mu, że rodzić będę nad ranem, więc nie ma potrzeby, by spał tu na krześle. Mnie oczywiście nikt nie spytał, czy ja nie odczuwam takiej potrzeby. Bo akurat odczuwałam. I to jak cholera. O niczym innym bardziej nie marzyłam niż o tym, by T. spędził noc obok. Nawet gdyby miał spać na taborecie.

Przeniesiona w końcu do sali porodowej zostałam sama. Położna przygasiła mi światło, zabroniła wstawać i kazała spać. Poprosiłam, by włączyła mi radio. By było mi choć trochę raźniej. Gdy tylko wyszła, z głośników poleciała disco łupanka. Wstać nie mogłam, wołać, by ktoś przyszedł zmienić stację – jakoś tak głupio, dzwonić po T., by przyjechał wyłączyć radio – bez sensu. Więc zostałam z tym unc unc, w ciemnym pokoju, na samym końcu korytarza, niczym na samym końcu świata.

Może to ten bit, może podniesione przez niego ciśnienie, a może straszliwe wzdęcia po tych łazankach, ale po kwadransie rozpoczęły się skurcze. Kilka łagodnych, a potem seria takich, po których pot spływał mi po czole strumieniem. Mimo wszystko próbowałam spać. W końcu powiedzieli, że będę rodzić rano. Zresztą przecież chyba mnie monitorują… rozejrzałam się z niepokojem i stwierdziłam, że po pierwsze – nie jestem do niczego podłączona, po drugie – nigdzie nie ma przycisku, którym mogłabym wezwać pomoc. Zrobiło mi się gorąco. Od kolejnego skurczu i myśli, że będąc w szpitalu przyjdzie mi samotnie odebrać poród i zębami przegryźć pępowinę. Między skurczami napisałam wiadomość do T.: „Ciśnij!”.

Rodzić po polsku. Zakończenie

Wrzeszczałam. Na początku nieśmiało: Halo, przepraszam, jest tu kto… No bo co tu wołać, gdy rodzisz, a nikt do Ciebie nie przychodzi? Krzyczałam i nasłuchiwałam. Cisza grobowa (sic!). Jakby wszyscy pomarli. Jakbym na świecie dotkniętym zagładą została (pół) żywa tylko ja.

Salowa: – A to pani tak tu krzyczy?

Ja: – Krzyczę. Bo rodzę.

Salowa (z niedowierzaniem): – Rodzi? Eeeeeee…

Ja (poirytowana): – No rodzę. Podepnie mnie pani pod jakieś sprzęt?

Salowa (ciężko wzdychając) – Jak sobie pani życzy….

No i podpięła. A potem krzyknęła coś w stylu: „Oooo, solidne!!!” i wybiegła. Wróciła z położną i z przerażonym T. I się zaczęło. Wszystko nabrało tempa. Skurcze, oddech, czas. Tylko bit z radia osłabł, bo mąż mój ukochany pierwsze co zrobił, to zmienił stację. Chwała mu za to i jeszcze za to, że zmył mi ten mój perfekcyjny mejkap, by nie poszła plota po mieście, że Marlin Manson rodzi na Reymonta. (Jak widać poród to gruba impreza. Zwykłe kosmetyki nie dadzą tu rady. O tym na szkole rodzenia nikt nie powiedział).

A potem na świecie pojawiła się Hania. Wypchnęłam ją na świat bez znieczulenia (ojej, już za późno, by je dać!), przy wielkim wsparciu T., przy dźwiękach Perfectu. „Nie mogę Ci wiele dać, nie mogę Ci wiele dać…” ryczał Markowski, a my ryczeliśmy z nim.

Nie mogę Ci wiele dać. Ale cyca dam.

8 thoughts on “Rodzić po polsku, rodzić po ludzku, rodzić po… prostu

  1. cudze chwalicie swego nie znacie:)
    Ja tylko po polsku rodziłam i to chyba na szczęście, bo nie musiałam do porodu na rowerze jechać, najzwyczajniej w świecie poprosiłam o lewatywę ( przezorny zawsze ubezpieczony)i szczerze mówiąc, to że wózkiem na porodówkę, bo takie zasady tez sobie chwaliłam:):):)
    Zawsze może być lepiej, ale zawsze może być tez gorzej. Myślę że w porównaniu z naszymi mamami to serio rodzimy po ludzku!!!

    1. W zupełności się z Tobą zgadzam! Znam mnóstwo historii o traumatycznych porodach, skandalicznym zachowaniu personelu, tragicznych warunkach. Mam świadomość, że mogło być gorzej. Mogło też być lepiej, ale nie o to tu chodzi. Każdy ma jakieś wyobrażenie, z którym idzie rodzić, a potem zderza się z rzeczywistością. Bywa, że to zderzenie jest bolesne. U mnie było tylko nieco…zaskakujące 😉
      P.S według (o)polskich standardów rodzącej, której odeszły wody, nie wykonuje się lewatywy. Niestety;)

  2. Coś czego pewnie nie przeżyje,no bdb.fajnie napisane. Pewnie nigdy bym nie miał dzieci. Relacja tej drugiej płci.Brrr. Tak jak u stomtologa ??? Chcesz żyć musi boleć. Ból wpisany jest w życie. Miłość pozwla zapomnieć. . .Dobrze jest przeczytać takie wspomnienie ale nie pamiętajcie nam tego dziewczyny bo świat się zkończy.

    1. Mechanizm wyparcia u jednych działa lepiej, u innych gorzej. U mnie zadziałał wręcz idealnie – nie pamiętam bólu tylko radość z trzymanej w ramionach córeczki. Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.