Samotność matki. Gdy Twoje dziecko choruje…

Mama, która jest w Tobie

Kiedy Twoje dziecko jest zdrowe, rozwija się prawidłowo i wszystko z nim w porządku, łatwo jest myśleć – daję radę. Radzę sobie. Jestem dobrą mamą. Jeśli nawet pojawi się jakaś wątpliwość (one zawsze czyhają na spokojne serce matki), zaraz znika. Odganiasz ją jak brzęczącą, upierdliwą muchę. W końcu przecież wszystko jest w porządku.

Sytuacja zmienia się, gdy Twoje dziecko zaczyna chorować. Nagle tracisz pewność siebie, zaczynasz w siebie wątpić. Wątpić w mamę, która jest w Tobie. Którą jesteś.

I nieważne, czy to coś poważnego, próchnica butelkowa, grypa czy zwykły katar. Zawsze szukasz winy w sobie. Zawiniłaś. Nie dopatrzyłaś. Źle ubrałaś, nie pilnowałaś, nie przewidziałaś.

Kiedy Twoje dziecko choruje, nagle zdajesz sobie sprawę, że Ty mu nie wystarczysz. Że do Waszego świata musi zostać wpuszczony ktoś jeszcze. Znawca, lekarz, specjalista. Ktoś, kto powie Ci, co robić. Da wskazówki, lekarstwa i receptę. Receptę na powrót do tej dobrej, znajomej normalności.

Próchnica butelkowa? Nie ma się czym przejmować

Moja córeczka ma 20 miesięcy i próchnicę butelkową. Nigdy nie jadła słodyczy, nie poiłam jej sokami, dbałam o higienę jej buzi od pierwszego ząbka. Nigdy nie piła z butelki. Jednak gdy w lutym zobaczyłam u Niej pierwsze kredowe plamki na górnych jedynkach, od razu poczułam się winna. Musiałam coś zaniedbać. Pełna obaw pobiegłam do dentysty. Usłyszałam, że to wina braku fluoru w paście, której używałam i że mam przyjść za trzy miesiące do kontroli. I że tak naprawdę, nie ma się czym przejmować.

Wracałam z płaczem. Fluor! Dlaczego używałam pasty bez? Bo dostałam próbkę od lekarza? Bo czytałam, że jego nadmiar szkodzi? Bo uwierzyłam komuś, kto napisał, że ksylitol jest lepszy?? Matka we mnie skurczyła się. Zasiana wątpliwość zaczęła kiełkować.

Do kontroli poszłam po trzech tygodniach, do pedodonty, którego poznałam w Szkole Rodzenia. Stan ząbków bardzo się pogorszył, ale lekarka nie mogła tego zobaczyć, bo Hania nie otworzyła buzi. Na podstawie mojego opisu została postawiona diagnoza: próchnica butelkowa. Usłyszałam, że winny jest nie brak fluoru, a karmienie piersią. I że mam natychmiast tego zaniechać. Przekaz ustny został wzmocniony przerażającymi zdjęciami z podręcznika dla stomatologów, przedstawiającymi czarne kikuty w miejscu zębów w buziach malutkich dzieci. Oto do czego może doprowadzić karmienie piersią.

Przepłakałam cały dzień. Ryczałam też w nocy, razem z córeczką, której konsekwentnie odmawiałam mleka. Ubrana w golf, by Hania nie mogła znaleźć dostępu do piersi, zapuchnięta od płaczu, z drżącą od szlochu córeczką zasnęłam nad ranem. Z poczuciem, że wszystko na marne. Bolesne początki karmienia, nawały pokarmu, pogryzione sutki, zatkane kanaliki i wysoka gorączka, nocne karmienie, dzienne karmienie, karmienie na żądanie. Na prośbę, na płacz, na zawołanie. Że fakt, iż nie przespałam żadnej nocy w ciągu ostatnich 16 miesięcy, to tak naprawdę moja porażka. Przyczyna chorych ząbków mojego dziecka. Moja wina.

Znalazłam kolejnego dentystę. Usłyszałam, by karmić piersią, nie myć fluorem i niczym się nie martwić. Bo mleczaki wypadną, a stałe będą zdrowe. Że Hania ma słabe zęby, bo pewnie dopadła mnie jakaś infekcja, gdy byłam w ciąży. I że próchnica butelkowa to ściema.

Nie poczułam ulgi. Wręcz przeciwnie. Ogarnął mnie niepokój. Kto ma rację? A co jeśli jednak fluor jest zły, karmienie dobre, a zębami mlecznymi nie należy się martwić? Albo odwrotnie?

Wróciłam do pierwszego dentysty, bo właśnie minęły 3 miesiące, a ząbki wyglądały coraz gorzej. – Nie może Pani tak zrobić! – krzyknął, gdy mu powiedziałam o tym, co sugerował mi poprzedni stomatolog. Hania znów nie otworzyła ust. Została mi powierzona misja: nauczenie Jej, by przez pół minuty nie zamykała buzi. I zaklepany termin za 30 dni.

Po miesiącu Hania nadal zaciskała usta na widok lekarza. Pomimo treningów, aplikacji z Pampisiem, zabawy w dentystę i książek o leczeniu ząbków. Nie chciała nawet wejść do gabinetu. W poczekalni, przy innych pacjentach została przede mną roztoczona wizja, w której szkliwo znika, zostaje sama zębina, a bakteria wnika w dziąsła, w których robi się infekcja, Hania puchnie jak balon, zęby wypadają i wychodzą stałe, które – zbyt duże do małej buzi – zaczynają się przesuwać, wykrzywiając szczękę, deformując twarz. Ludzie siedzący w kolejce obrzucili mnie spojrzeniem pełnym pogardy, jakbym od urodzenia poiła dziecko Coca – Colą. Pełna poczucia winy i osądzona przez obce osoby przyjęłam ze spuszczoną głową decyzję o tym, że u tak nie współpracującego pacjenta nie da się przeprowadzić żadnego leczenia. Wręczono mi skierowanie na zabieg lapisowania w znieczuleniu. Wziewnym lub całkowitym. Do wyboru. Bo próchnica butelkowa to nie przelewki.

Końca nie widać

W tym miejscu akcja się zagęszcza, ale nie posuwa ani o krok, końca wciąż nie widać. Jedyny koniec jaki widzę, to koniec szkliwa na górnej dwójce mojej córki. Obdzwoniłam chyba wszystkie gabinety dentystyczne w mieście.

– Sedacja wziewna? Tak, robimy. Nie, nie robimy lapisowania. To przestarzała metoda. 

– Lapisowanie? Oczywiście! Sedacja wziewna? Nie, tego u nas nie wykonują tak małym dzieciom. U nas tylko pod pełną narkozą.

– Narkoza? Nie, u takich maluszków nie praktykujemy. Sedacja wziewna jest dużo bardziej bezpieczna. Ale zamiast lapisowania polecamy lakowanie. Najlepsze na próchnicę butelkową.

Może lepiej poczekać aż zęby wypadną?

Proszę się pospieszyć, zanim zęby wypadną!

Znalazłam klinikę stomatologii dziecięcej w innym mieście. Robią wszystko, czego tylko szczęka zapragnie. W gabinetach przekształconych w place zabaw. Koszt lapisowania 6 mleczaków w znieczuleniu gazem – 2 000 zł. Jak dziecko nie zechce współpracować, to nie ma problemu. Mają świetnych anestezjologów, naprawią ząbki w narkozie. Koszt znieczulenia: 1 200 zł.

I choć kwoty pojawiają się tu nie bez powodu, w tej całej historii nie chodzi o pieniądze. Choć przyznam szczerze, że złości mnie to, że płacąc składki na ubezpieczenie, nie mogę liczyć na refundację czy jakąkolwiek pomoc ze strony państwa. Komu jak komu, ale maluszkowi, który nie rozumie, co się dzieje, który boi się pana w kitlu z latarką i lusterkiem w dłoni, który jeszcze nie potrafi współpracować, zabieg w znieczuleniu powinien być zapewniony.

Ale dużo bardziej wkurza mnie to, że choć wydałam już masę pieniędzy (bo przecież te wszystkie wizyty były prywatne!), poświęciłam czas, naraziłam Hanię na nie jeden stres, nic nie zostało zrobione. Nie posunęliśmy się ani o krok. Mija piąty miesiąc krążenia po różnych gabinetach, słuchania różnych teorii, a żaden jej ząbek nie został uratowany. Czy czuję się winna? Tak. W tym gąszczu sprzecznych informacji gubię się, kręcę wokół własnej osi. Komu uwierzyć? Komu zaufać? Intuicja matki bywa niezawodna jak węch psa myśliwskiego. Chyba, że pozwolisz rozrosnąć się wątpliwościom. Wtedy znika. I zaczyna ogarniać Cię nieustająca niepewność.

Serio, mamo?

Codziennie, gdy myję ząbki Hani, z trwogą przyglądam się, czy nie pojawiły się nowe zmiany. Obsesyjnie zaglądam jej do buzi. Działać czy zostawić? Lapisować i zmierzyć się z czarnymi zębami po zabiegu czy czekać? Tylko na co? Czy jeśli próchnica rozwinie się zgodnie z wizją jednego z dentystów i nastąpi deformacja twarzy, moja córka mi to wybaczy? Czy kiedyś nie zapyta mnie z nienawiścią i żalem w głosie: serio, mamo? Nie zadbałaś o moje zęby, bo…? Bo… ? Bo nie wiedziałam, co robić? Bo bałam się narkozy? Bałam się, że może się coś złego stać? Że się nigdy nie obudzi?

Nieubłaganie zbliża się dzień, w którym będę musiała podjąć decyzję. Przekroczyć próg gabinetu. Nie wiem jeszcze, co zrobię. Siedzę i tulę moją śpiącą córeczkę w ramionach. Płaczę. Ze strachu, z bezsilności, z niepewności. Czy jestem wystarczająco dobrą mamą? Ręce Hani zarzucone mi na szyi, napinają się, otaczając mnie w ciepłym uścisku. Łza spływa mi po policzku wprost na jej miękką piżamkę.

One thought on “Samotność matki. Gdy Twoje dziecko choruje…

  1. Jakbym czytała historię mojej córki. Na szczęście (o ile to szczęście?) mamy to już za sobą. 23 miesiące i 8 plomb w ząbkach. Po długich poszukiwaniach mamy swoją dentystkę (jeździmy ponad 50 km do Wrocławia) która ma „magiczna szufladę” pełna odpustowych pierdółek dla dzielnego pacjenta, monitor z bajkami zamontowany na fotelu dentystycznym i cuuudowne podejście do dzieci oraz tony cierpliwości. Zamiast straszyć i wywoływać wyrzuty sumienia szuka rozwiązań. Zamiast kasować za kolejne wizyty poleciła zakup pasty Tooth Mouse. Jedyna którą do tej pory spotkałam, popierająca długie karmienie piersią. Choć jak sama mówi jest „wspaniałe dla zdrowia dziecka i zabójcze dla zębów” Szkoda tylko ze jest jedna na milion.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.