Gdy kończy się urlop macierzyński…

W grudniu wróciłam do pracy. Skończył sie mój urlop macierzyński. To był trudny czas. Powstał w tym czasie tekst, którym chcę się z Wami dzisiaj podzielić. Może akurat ktoś jest na tym etapie życia, może ktoś mierzy się z tą trudną decyzją. Może komuś dziś sentymentalnie.

Jutro kończy się mój urlop macierzyński.

Mija rok, od kiedy moja córeczka przyszła na świat, od kiedy mogę mówić o sobie mama. Mija 52. tydzień naszego bycia tylko dla siebie. Bez myślenia o rzeczach nieistotnych, bez wpuszczania do naszej rzeczywistości przyspieszonego oddechu pędzącego gdzieś świata.

Urlop rozpoczęty wzięciem w ramiona kruchej istotki, cichutko skrzypiącej jak drzwi starej szafy, drobnej jak kotek, ciepłej i gładkiej, mieszczącej się w dłoniach. Urlop pełen strachu, czy damy radę, pełen euforii i łez, wzlotów i upadków, lepszych i gorszych dni. Ale dni wspólnie spędzonych. Świętych.

Urlop a nie urlop

Niektórzy myślą, że urlop macierzyński to rok utkany z niedziel, kiedy nie musisz iść do pracy i możesz sobie spać do późna, a potem pół dnia spacerować i popijać kawę z tekturowego kubeczka, gapiąc się na wystawy sklepów. Czasem tak właśnie jest. A czasem jest zupełnie odwrotnie.

Kończy się urlop, podczas którego nie odpoczęłam, ale dzięki któremu znalazłam w sobie pokłady siły, o których nie śniłam. Pełen nieprzespanych nocy, niedopitej, zimnej kawy, mokrej od mleka pościeli i rozmazanego tuszu do rzęs na policzkach. Urlop, podczas którego tysiące razy mówiłam, nie dam rady, podczas którego umierałam miliony razy i którego nie zamieniłabym na nic na świecie.

śnaidanie dziecka

Czas wspólnych dni

Kończy się. Jutro ostatni dzień. Jak zwykle obudzi mnie skubanie w policzek, małe paluszki mojej córeczki przemierzały będą moją twarz, by dotrzeć do oczu i je bezczelnie otworzyć. Jedyną myślą, jaka będzie mi towarzyszyć będzie myśl o kawie i wspólnym śniadaniu, do którego usiądziemy w piżamach, głodne, lecz zupełnie już obudzone. Ale zanim to nastąpi, poleniuchujemy trochę, Nutka przytuli się do mojej piersi, zaspokoi pragnienie moim mlekiem, zaspokoi pragnienie bliskości ciepłem mojego ciała. Śniadanie będziemy jeść bez pośpiechu, tańcząc do muzyki granej w radiu, śmiejąc się na głos. Moja córka badać będzie grawitację oraz konsystencję kaszki przez rozmazywanie jej na blacie, ja będę na to patrzeć ze spokojem. Być może po raz ostatni. Czy znajdę radość z takich rzeczy i cierpliwość, gdy czas będzie mnie gonił do pracy? Gdy na każdą czynność będzie przypadał limit minut do wykorzystania?

Potem pójdziemy smyrać kota, wygrzewającego się w plamie słońca. Albo poczytamy Muminki. Czas będzie sobie płynął, nikt nie będzie nerwowo zerkał na zegarek, sapał ze zniecierpliwienia. Na spacerze będziemy oglądały drzewa i odwiedzimy wszystkie zaprzyjaźnione już osiedlowe koty. W piekarni beztrosko zagadam się ze sprzedawczynią, Nutka będzie ćwiczyć puszczanie do niej buziaków. Na przejściu dla pieszych poczekamy na zielone światło. Bez nerwów, że znowu czerwone, że autobus ucieka, że czas płynie, płynie, płynie… będziemy machały do wszystkich samochodów, wykrzykując radosne brum brum!

Gotowanie obiadu przeobrazimy w przeprowadzanie eksperymentów. Zbadamy, jaki w dotyku jest nieobrany ziemniak, jak pachnie cebula, czy surowy kalafior ma smak. Może wyjdzie nam z tego zupa. Może uda się ją zrobić do powrotu taty z pracy…

A może to będzie jeden z tych dni, kiedy płacz jest niczym refren w długiej pieśni dnia? Powtarzający się równo co kwadrans, nie do uspokojenia bez czułego dotyku, ciepła w głosie, noszenia na rękach. Dzień, w którym plecy aż palą od ciężaru tulonego w ramionach. Dzień, w którym nie można wyjść do toalety, kiedy się tego potrzebuje, tylko wtedy, kiedy ci na to pozwoli ta mała kruszyna, z której wydobywa się ten wielki krzyk. Dzień bez śniadania, bez obiadu, z zimną kawą i ugryzionym w pośpiechu jabłkiem. Dzień wyrzucanych z wózka zabawek, nieustannie ściąganych skarpetek, spacerowej syreny, kiedy całe osiedle słyszy, że komuś spacer właśnie przestał się podobać. I ma zostać przerwany. Natychmiast! Może to będzie dzień wychodzących zębów, kolek, dzień na nie, dzień marudzenia, dzień bez drzemki.

Nie zamieniłabym go na żaden inny. Choćby dawali drinka z palemką na Malediwach. Bo to dzień z moją córką. Nasz, wspólny dzień.

Kończy się czas tych naszych wspólnych dni. Planowanych tylko dla nas, z myśleniem tylko o nas. Czas, którego nie trzeba dzielić. Którego nie trzeba wydzielać. Kończy się najlepszy urlop, jaki miałam.

Czas dany nam tylko raz. Bez żadnych prób, możliwości powtórki, poprawy. Premiera, debiut i kurtyna. Żadnego bisu. Na afiszu zupełnie nowy tytuł.

Jeśli ten wpis Cię zainteresował, rozśmieszył lub poruszył- zostaw komentarz, będzie nam bardzo miło. 

spacer z dzieckiem

3 thoughts on “Gdy kończy się urlop macierzyński…

  1. Bywa różnie, ja byłam tak steskniona za kontaktem z dorosłymi, że koniec urlopu był dla mnie zbawieniem 🙂 oczywiście bywa różnie ja wracałam do pracy tylko na 2 dni w tygodniu więc sytuacja zgoła inna.

  2. połakałam się!!!!! 22 czerwca Jagoda kończy rok…a ja 21 wracam do pracy!!! na szczęście tylko na 2 tyg.potem długiiiiii urlopppppp..jedyna myśl jaka trzyma mnie przy zdrowych zmysłach to to że przez te 2 tyg.będzie ze swoim tatusiem!!!!

    1. To na pewno nie będzie łatwy czas, dlatego trzymaj się dzielnie. Hania też zostawała z tatą, gdy wychodziłam do pracy. Choć strasznie do Nich tęskniłam, zauważyłam, że ich relacja się pogłębiła i znacznie lepiej się dogadują. Ta zmiana wszystkim wyszła na dobre, choć początkowo było baaaardzo ciężko. Powodzenia! Dzięki za Twój komentarz.Trzymamy kciuki za Ciebie, Jagodę i Tatusia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.